Nie każde odkrycie zaczyna się od łopaty. Tekst, o którym mowa, przez stulecia znany był wyłącznie z cytatów u dawnych pisarzy — wiedziano, że istniał, i nie wiedziano, co dokładnie zawierał. Odnalazł się w bibliotece, w rękopisie z jedenastego wieku, w Konstantynopolu.
Instrukcja, nie traktat
Didache nie jest wykładem nauki ani polemiką. To zbiór wskazań praktycznych: jak udzielać chrztu, jak zachowywać post, jak sprawować Wieczerzę. Tekst odpowiada na pytania, które zadaje wspólnota organizująca swoje życie, a nie szkoła teologiczna rozważająca kwestie sporne.
Właśnie ta zwyczajność stanowi o jego wartości. Wczesne piśmiennictwo chrześcijańskie zachowało się głównie w postaci listów, apologii i sporów, czyli tekstów pisanych w sytuacjach wyjątkowych. Tu mamy coś innego: zapis codziennego porządku, spisany po to, żeby ludzie wiedzieli, co robić.
Jeden świadek
Cała ta wiedza wisi jednak na cienkiej nici. Tekst dotarł do nas zasadniczo w jednym rękopisie, i to średniowiecznym — o wiele późniejszym niż czas, z którego pochodzą opisywane zwyczaje.
Dla krytyki tekstu to sytuacja niewygodna. Przy jednym świadku nie ma z czym porównywać: nie da się rozpoznać, gdzie kopista pomylił słowo, gdzie coś wygładził, a gdzie tekst mógł zostać uzupełniony przez wcześniejsze pokolenia przepisujących. Cytaty u dawnych pisarzy pozwalają sprawdzić tylko te fragmenty, które akurat przytoczyli.
To nie znaczy, że rękopisowi nie można ufać. Znaczy, że wnioski wyciągane z pojedynczych sformułowań trzeba stawiać ostrożnie, a różnicę między treścią pewną a szczegółem zależnym od jednej kopii warto zaznaczać.
Co ten tekst rozstrzyga, a czego nie
Didache pokazuje, jak w pewnym czasie i miejscu wyglądała praktyka jednej wspólnoty. To materiał historyczny pierwszej klasy i zarazem materiał, którego nie należy mylić z normą.
Kto uznaje Pismo za jedyną podstawę, ma tu rozróżnienie proste do przeprowadzenia: opis praktyki nie jest przykazaniem. Wiedza, że gdzieś tak robiono, jest wiedzą o ludziach, a nie o tym, czego wymaga Jahwe. Tekst pozostaje wtedy tym, czym jest — świadectwem, jak wcześni wierzący układali swoje życie, i punktem odniesienia do porównań, nie do rozstrzygnięć.
Zanim rękopis się odnalazł, tekst funkcjonował w nauce w postaci szczątkowej: znano zdania przytoczone przez dawnych pisarzy i tyle. Taki stan pozwala stwierdzić, że dzieło istniało i mniej więcej czego dotyczyło, ale nie pozwala go czytać — cytat wybiera to, co było potrzebne cytującemu, i zwykle pomija resztę.
To zresztą przypomnienie, że biblioteki bywają nie mniej obiecujące niż wykopaliska. W zbiorach klasztornych i miejskich leżą rękopisy nieopisane albo opisane pobieżnie, a odkrycie polega wtedy na rozpoznaniu, nie na wydobyciu. Historia tego tekstu jest przykładem modelowym: dzieło uważane za utracone czekało na półce, aż ktoś zajrzy do niego z właściwym pytaniem.
Czego to nie dowodzi
Odnalezienie rękopisu nie dowodzi, że zapisane w nim zwyczaje pochodzą od apostołów. Dowodzi, że pewna wspólnota tak je praktykowała lub tak chciała je uporządkować.
Nie ustala też czasu powstania samego tekstu. Wiek kopii jest wiekiem kopii; datowanie treści opiera się na analizie języka i realiów, a nie na dacie rękopisu.
Nie nadaje wreszcie temu pismu powagi Pisma. Był znany dawnym pisarzom, bywał ceniony, ale ani jego odnalezienie, ani jego wiek nie przesuwają go do kanonu — te dwie rzeczy trzeba trzymać osobno.
Zobacz też: Didache (διδαχή) — nauka jako treść, nie czynność nauczania · Post (com) — jedyny post nakazany przez Torę · Jahwe







