Postać stojąca w tle Księgi Daniela ma rys, który rzadko trafia do opracowań: ostatni król Babilonu interesował się przeszłością na sposób, który dziś nazwalibyśmy badawczym.
Szukanie fundamentów
Odbudowa świątyni była w Mezopotamii przedsięwzięciem religijnym o ścisłych regułach. Nowy budynek należało postawić dokładnie na planie starego, a przy pracach odnaleźć depozyt fundacyjny poprzedniego budowniczego — inskrypcję złożoną w murze — i umieścić ją z powrotem wraz z własną. Kto tego nie dopełnił, ryzykował, że jego dzieło zostanie uznane za nieważne.
Nabonid potraktował ten obowiązek poważniej niż inni. Jego inskrypcje opisują poszukiwania prowadzone w Ur, w Sippar i w Charanie: kopanie w gruzach starych świątyń, odnajdywanie napisów sprzed wieków, odczytywanie ich i porównywanie. W jednym przypadku, przy świątyni w Sippar, król podaje, że dotarł do depozytu władcy sprzed tysiącleci i obliczył, ile lat dzieli go od tamtego budowniczego.
Pierwsze datowanie i pierwszy błąd
Liczba, którą wtedy podał, była mocno zawyżona — dziś wiadomo, że rozdzielający ich odstęp był wyraźnie krótszy, niż sądził. Nie umniejsza to samego pomysłu. Król nie napisał, że napis jest bardzo stary; spróbował powiedzieć, o ile stary, i podał wynik liczbowy. To jest gest badawczy, choć wykonany bez narzędzi, które pozwoliłyby go sprawdzić.
Warto przy tym uczciwie nazwać motywację. Nabonid nie kopał z ciekawości poznawczej. Szukał legitymizacji: dowodu, że kontynuuje dzieło dawnych, prawowitych królów, i podstawy do odbudowy kultu w kształcie, który sam uważał za pierwotny. Przeszłość była mu potrzebna jako argument w bieżącym sporze o władzę i religię.
Zbiór w Ur i słowo o muzeum
Z tym samym środowiskiem wiąże się znalezisko z Ur. W pomieszczeniu przy siedzibie kapłanki — córki Nabonida, noszącej imię Ennigaldi-Nanna — natrafiono na grupę przedmiotów znacznie starszych niż warstwa, w której leżały, wraz z glinianym zapisem opisującym te obiekty. Prowadzący prace Woolley nazwał to najstarszym muzeum świata i określenie się przyjęło.
Trzeba jednak powiedzieć, że jest to jego interpretacja, nie wniosek narzucony przez materiał. Zbiór dawnych przedmiotów przy świątyni mógł pełnić funkcję kolekcji kultowej, materiału do nauki pisma dla przyszłych skrybów albo składu obiektów przeznaczonych do ponownego użycia. Etykieta o muzeum jest chwytliwa i dlatego powtarzana, ale sam obiekt nie mówi, po co go zgromadzono.
Człowiek w tle Księgi Daniela
Ten obraz zmienia sposób czytania piątego rozdziału. Za nieobecnym królem, o którym Księga Daniela nie mówi ani słowa, stoi konkretna postać: władca zajęty religijną reformą i starożytnościami, przebywający latami z dala od stolicy, powierzający bieżące rządy synowi.
Król Belszazar urządził wielką ucztę dla tysiąca swoich książąt i przed tym tysiącem pił wino.
Dn 5,1
Uczta u Belszazara przestaje przy takim tle być scenerią umowną. Staje się opisem sytuacji, w której miastem rządzi zastępca, a państwo od dawna nie ma króla na miejscu.
Czego to nie dowodzi
Zainteresowania Nabonida nie dowodzą niczego w sprawie Księgi Daniela. Nie potwierdzają jej datowania, nie potwierdzają wydarzeń z piątego rozdziału i nie mówią, czy postać Daniela jest historyczna. Związek z tekstem biblijnym jest tu pośredni: to kontekst, nie dowód, i tak trzeba go podawać.
Nazywanie Nabonida pierwszym archeologiem jest zaś skrótem, który dobrze brzmi i wprowadza w błąd. Nie prowadził badań w naszym rozumieniu, nie dokumentował warstw i nie interesowało go, co znajdzie — interesowało go, żeby znalazł to, czego szukał. Podobieństwo do dzisiejszej pracy jest powierzchowne, a różnica dotyczy tego, co w tej pracy najważniejsze: gotowości na wynik niezgodny z oczekiwaniem.







