Od upadku Jerozolimy w VI wieku p.n.e. przez ponad cztery stulecia żaden żydowski władca nie bił własnej monety. Pieniądz w obiegu należał kolejno do Babilonu, Persji, Ptolemeuszy i Seleucydów. Dopiero pod koniec II wieku p.n.e. z mennicy w Jerozolimie zaczynają wychodzić małe brązowe krążki z napisem po hebrajsku — i to one, a nie żadne inne, są dziś najczęściej znajdowanymi monetami z warstw okresu drugiej świątyni.
Co jest na tych monetach
Bito je jako prutot: drobniak, najniższy nominał, pieniądz codziennych zakupów. Najstarsze noszą po hebrajsku formułę wskazującą arcykapłana Jehochanana i zgromadzenie Żydów — czyli władca dzieli tytulaturę ze wspólnotą, zamiast występować sam. Za Aleksandra Janneusza pojawiają się emisje dwujęzyczne: po jednej stronie greckie określenie króla Aleksandra, po drugiej hebrajski lub aramejski napis z jego żydowskim imieniem. Typowe wyobrażenia to kotwica, gwiazda lub koło, róg obfitości, kwiat lilii, palma.
Uderza to, czego na nich nie ma: żadnego portretu władcy, żadnej postaci ludzkiej, żadnego zwierzęcia. Na tle całego ówczesnego mennictwa hellenistycznego, w którym głowa króla na awersie była normą, jest to wybór świadomy i konsekwentny — czytelne odniesienie do drugiego przykazania. Zarazem kotwica i róg obfitości to motywy wzięte wprost z repertuaru seleuckiego. Ta sama moneta mówi więc dwie rzeczy naraz: jesteśmy niepodlegli i myślimy w formach kultury, z której się wyrywamy.
Co jest sporne
Przypisanie konkretnych typów konkretnym władcom bywa niepewne, bo Hasmoneusze powtarzali imiona w rodzie. Napis wskazujący arcykapłana o imieniu Jehochanan może odnosić się do Jana Hirkana I albo do jego późniejszego imiennika, a spory o to, kto pierwszy w ogóle rozpoczął bicie monety w Jerozolimie, trwają. Numizmatyka rozstrzyga takie kwestie na podstawie stempli, wagi i zawartości skarbów, a nie na podstawie napisu, który w wielu wypadkach jest po prostu ten sam.
Osobną zagadką jest długość obiegu. Drobne brązy tej epoki krążyły jeszcze dziesiątki lat po śmierci władcy, który je wybił, i znajdowane bywają w warstwach o wiele późniejszych. Dla archeologa oznacza to ostrożność: pojedyncza moneta hasmonejska w wykopie nie datuje warstwy na czasy Hasmoneuszy, tylko wyznacza granicę, przed którą warstwa powstać nie mogła.
Zaczepienie w kanonie
Kanon Uwspółcześnionej Biblii Gdańskiej nie zawiera Ksiąg Machabejskich i nie opowiada dziejów Hasmoneuszy. Odnotowuje jednak święto, które z ich zwycięstwa wyrosło i było obchodzone jeszcze w I wieku:
Była wtedy w Jerozolimie uroczystość poświęcenia świątyni. A była zima.
J 10,22
To jedno zdanie i te monety opisują ten sam stan rzeczy z dwóch stron: istniała żydowska państwowość, która miała własną mennicę i własne święto. Jeszua chodzi po świątyni w czasie obchodów pamiątki wydarzeń, o których Pismo nie opowiada, a które zostawiły po sobie tysiące drobnych monet w ziemi.
Czego to nie dowodzi
Monety nie potwierdzają żadnej relacji z ksiąg pozakanonicznych. Poświadczają istnienie władców, ich tytuły i lata bicia — nie przebieg powstania, nie liczebność wojsk, nie motywy postaci.
Nie dowodzą też, że hasmonejska władza była wierna Torze. Ci sami ludzie łączyli urząd arcykapłana z tytułem królewskim, prowadzili wojny podboju i przymusowo włączali sąsiednie ludy do wspólnoty. Brak wizerunku na monecie mówi o jednej zasadzie przestrzeganej starannie; o pozostałych nie mówi nic.
I ostrożnie z popularnym połączeniem: drobne brązy tej epoki bywają utożsamiane z monetą wrzuconą przez wdowę do skarbony. Nominał się zgadza, obieg tych monet trwał długo, ale Ewangelia nie opisuje stempla, więc jest to prawdopodobieństwo, a nie identyfikacja. Wartość tych znalezisk leży w czym innym: pokazują, że pomiędzy Malachiaszem a Mateuszem żydowska historia nie stała w miejscu, i że jej ślad można dziś potrzymać w dłoni.







