W 2017 roku ekspedycja Uniwersytetu Hebrajskiego ogłosiła odkrycie kolejnej groty w rejonie Qumran. Nadano jej numer dwunasty. Nie znaleziono w niej ani jednego zapisanego zwoju — i właśnie to czyni ją wartą opisania.
Co było w środku
W jaskini natrafiono na rozbite dzbany i pokrywy tego typu, jaki w innych grotach zawierał zwoje. Były też płócienne opakowania, jakimi owijano zwoje przed schowaniem, oraz rzemień do wiązania. Znaleziono jeden zwinięty kawałek pergaminu — nie zapisany. Cała reszta to skorupy i pusta przestrzeń.
Znaleziono również coś, czego nie sposób pomylić z zabytkiem starożytnym: dwa żelazne groty kilofów, pozostawione w wykopie, pochodzące z lat pięćdziesiątych dwudziestego wieku. Jaskinia została obrabowana kilka pokoleń temu, w okresie największego zainteresowania zwojami — i splądrowana na tyle dokładnie, że nie zostawiono nic czytelnego.
Grota z numerem, ale bez zwojów
Numer został przyznany, i to samo w sobie bywa przedmiotem sporu. Dotychczasowe groty numerowano dlatego, że coś w nich znaleziono; tutaj numer opisuje raczej to, że coś w niej kiedyś było. Zależnie od przyjętej definicji dwunasta grota albo dołącza do listy, albo jest osobnym przypadkiem — jaskinią po zwojach.
Wniosek, który znalezisko naprawdę unosi, jest skromny: w tej jaskini stały niegdyś naczynia typu używanego do przechowywania zwojów, a ktoś je stamtąd zabrał w połowie dwudziestego wieku. Nawet krok dalej wymaga ostrożności — same dzbany nie dowodzą, że były w nich akurat zwoje, choć opakowania i rzemień mocno na to wskazują.
Dlaczego to ważne dla rynku antykwarycznego
To znalezisko trafiło w konkretny moment. Od początku dwudziestego pierwszego wieku na rynku zabytków zaczęły pojawiać się liczne drobne skrawki oferowane jako fragmenty zwojów znad Morza Martwego. Kupowały je kolekcje prywatne i instytucje, często za duże pieniądze i bez udokumentowanego pochodzenia.
Badania laboratoryjne prowadzone w kolejnych latach wykazały, że znaczna ich część to współczesne falsyfikaty — sporządzone na starej, ale niezapisanej skórze, którą pokryto atramentem w naszych czasach. W jednym z dużych amerykańskich muzeów biblijnych w 2020 roku uznano za podrobione wszystkie badane fragmenty z kolekcji.
Dwunasta grota pokazuje, skąd taki materiał mógł się brać: puste, stare skrawki pergaminu leżą w jaskiniach i można je stamtąd wynieść. Nie jest to dowód na pochodzenie żadnego konkretnego falsyfikatu, ale wyjaśnia mechanizm. I podpowiada praktyczną zasadę: fragment bez udokumentowanego kontekstu wykopaliskowego jest wart tyle, ile badanie laboratoryjne go potwierdzi, a nie tyle, ile obiecuje sprzedawca.
Czego to nie dowodzi
Odkrycie nie dowodzi, że przechowywano tu zwoje o jakiejkolwiek określonej treści. Nie zachował się żaden zapisany fragment, więc o zawartości nie wiadomo nic — i prawdopodobnie nigdy nie będzie wiadomo.
Nie dowodzi też, że materiał wyniesiony stąd w latach pięćdziesiątych gdzieś istnieje. Mógł zostać sprzedany w częściach, mógł się rozpaść, mógł zostać zniszczony. Kilofy świadczą o rabunku, nie o losie łupu.
Nie przesądza wreszcie o autentyczności ani fałszywości żadnego fragmentu będącego dziś w obrocie. Wiąże je z Qumran tylko ogólnie, jako możliwe źródło surowca, i nie zastępuje badania konkretnego obiektu.
Zostaje ustalenie skromne, lecz uczciwe: jest w tych skałach jaskinia, w której coś przechowywano i z której ktoś to zabrał, zanim zdążyli tam dotrzeć archeolodzy. Sto lat wcześniejsze wykopaliska w tym samym miejscu dałyby zapewne kilka zwojów więcej. Nie dały — i to też jest wynik badań, choć nie ten, którego się szuka.







