Zwykły pielgrzym nie wchodził na teren Świątyni od zachodu, po wielkich schodach prowadzących z Górnego Miasta. Wchodził od południa. Wykopaliska u stóp południowego muru odsłoniły dokładnie tę drogę: szeroki ciąg schodów, dwie bramy, do których prowadził, i zespół basenów u ich podnóża.
Schody
Prace prowadzone od końca lat sześćdziesiątych dwudziestego wieku pod kierunkiem Benjamina Mazara odsłoniły przy południowym murze szerokie na kilkadziesiąt metrów schody wykute częściowo w skale, częściowo ułożone z płyt. Ich stopnie nie są jednakowe: po szerszym, płaskim odcinku następuje węższy, i tak na przemian.
Ta nieregularność bywa tłumaczona zamierzeniem — schody miały wymuszać wolne, uważne wchodzenie, bez pośpiechu i biegu. Wyjaśnienie jest atrakcyjne, ale trzeba je podać jako to, czym jest: interpretacją. Równie rzeczowo tłumaczy się rozstaw dopasowaniem konstrukcji do naturalnego spadku skały, w którą stopnie częściowo wykuto. Żadne starożytne źródło nie wyjaśnia, dlaczego zbudowano je właśnie tak.
Bramy
Schody prowadziły do dwóch bram w południowym murze, dziś zamurowanych, ale wciąż czytelnych w licu ściany: zachodniej, podwójnej, i wschodniej, potrójnej. Za nimi biegły kryte przejścia i rampy pod poziomem placu, którymi wchodziło się w górę i wyłaniało już na dziedzińcu, u stóp kolumnady.
Przyjęta dziś nazwa bram Huldy pochodzi z późniejszej tradycji żydowskiej opisującej Świątynię, nie z inskrypcji na miejscu. Kamienie nie podają swoich nazw.
Baseny u podnóża
Najbardziej wymowne jest to, co znaleziono pod schodami: skupisko wykutych w skale, otynkowanych basenów ze schodkowym zejściem — czyli mykw. Ich położenie tłumaczy się samo. Kto wchodził na teren Świątyni, musiał być czysty rytualnie; zanurzenie odbywało się tuż przed wejściem, w miejscu, gdzie strumień ludzi i tak się zatrzymywał.
To układ o dużej przepustowości: wiele basenów obok siebie, każdy z osobnym zejściem, u stóp szerokich schodów. Przy święcie, gdy miasto zapełniało się pielgrzymami, inaczej nie dałoby się tego obsłużyć.
A jego rodzice chodzili co roku do Jerozolimy na święto Paschy.
Łk 2,41
I gdy miał dwanaście lat, poszli do Jerozolimy, zgodnie ze zwyczajem tego święta.
Łk 2,42
Rodzina z Galilei szła co roku właśnie taką drogą — najpierw do zanurzenia, potem po schodach, potem w mrok przejścia, potem na otwarty dziedziniec. Znajomość tego układu zmienia sposób czytania scen pielgrzymki: to nie były pojedyncze wizyty w budynku, tylko przemieszczanie się w wielkim tłumie przez zaprojektowany ciąg.
A co z trzema tysiącami
Ci więc, którzy chętnie przyjęli jego słowa, zostali ochrzczeni. I przyłączyło się tego dnia około trzech tysięcy dusz.
Dz 2,41
Liczba z Dziejów bywa uznawana za nierealną, między innymi z powodów technicznych: gdzie w Jerozolimie zanurzyć w jeden dzień tylu ludzi. Zespół mykw przy południowych schodach — a takich basenów odkryto w mieście znacznie więcej — pokazuje, że infrastruktura do masowych zanurzeń istniała i była codziennie używana.
To odpowiedź na zarzut praktyczny, ale nie więcej. Baseny nie dowodzą, że opisane wydarzenie miało miejsce; usuwają jedynie argument, że nie miało gdzie się odbyć.
Czego to nie dowodzi
Mykwy przy schodach służyły oczyszczeniu przed wejściem na teren Świątyni, a nie chrztowi. To odrębna praktyka o innym sensie, wielokrotnie powtarzana, a nie jednorazowa. Zestawianie ich z Dziejami wolno prowadzić na poziomie możliwości technicznych, nie znaczenia obrzędu.
Odkrycie nie potwierdza też żadnej konkretnej pielgrzymki opisanej w Ewangeliach. Pokazuje drogę, którą chodzili wszyscy, a nie ślady kogokolwiek z osobna.
Nie wiadomo wreszcie, jak wyglądało wejście od strony placu ani co dokładnie widział ktoś wychodzący z przejścia na dziedziniec. Górna część konstrukcji nie istnieje, a rekonstrukcje kolumnady opierają się na opisach z epoki i na analogiach, nie na zachowanych murach.







