W klasztorze Mar Saba na Pustyni Judzkiej amerykański badacz ogłosił znalezienie niezwykłego zapisu. Nie był to starożytny rękopis, lecz odręczna kopia przepisana na pustych stronach drukowanej książki z biblioteki klasztornej. Kopia zawierała list przypisywany Klemensowi Aleksandryjskiemu, a w nim cytaty z wersji Ewangelii Marka, której nikt wcześniej nie znał. Potem obiekt zniknął i żaden niezależny badacz nigdy go nie zbadał.
Co miało być w tekście
Według opublikowanej transkrypcji list mówił o istnieniu obszerniejszej, przeznaczonej dla wtajemniczonych wersji Ewangelii Marka i cytował z niej dwa krótkie ustępy. Jeden opisywał wskrzeszenie młodzieńca, drugi — nocne spotkanie tego młodzieńca z Jeszuą. Sformułowania w tym drugim fragmencie od początku wywoływały spór o to, czy sugerują coś więcej niż inicjację, czy też odczytuje się je tak dopiero z dzisiejszymi skojarzeniami.
Sam list zawierał też uwagi o zwalczaniu wersji rozpowszechnianej przez grupę heretycką i o tym, że pewnych rzeczy nie należy przyznawać publicznie. Cała konstrukcja była więc podwójnie interesująca: nieznana wersja Ewangelii plus świadectwo, że posługiwano się nią wybiórczo.
Miejsce, w którym cytowany ustęp miał stać, wskazano dokładnie: w dziesiątym rozdziale Marka, tuż za zapowiedzią męki i zmartwychwstania.
I będą się z niego naśmiewać, ubiczują go, będą na niego pluć i zabiją go, ale trzeciego dnia zmartwychwstanie.
Mk 10,34
Wskazanie takiego punktu jest szczegółem obosiecznym. Z jednej strony wygląda na wiedzę kogoś, kto miał przed sobą realny tekst. Z drugiej — dokładne osadzenie w istniejącej narracji jest dokładnie tym, o co zadbałby ktoś, kto chciałby, żeby jego dopisek wyglądał na wyjęty z prawdziwej księgi.
Dlaczego sprawy nie da się rozstrzygnąć
Kluczowy problem nie dotyczy treści, tylko obiektu. Rękopisu nie ma. Znany jest z fotografii i z opisu, ale nie da się go poddać badaniom, które rozstrzygnęłyby najprostsze pytania: jakim atramentem został napisany, czy pismo powstało jednym ciągiem, czy ręka jest ręką osiemnastowiecznego kopisty, czy kogoś, kto ją naśladował.
Bez tego analiza opiera się wyłącznie na argumentach pośrednich. Zwolennicy autentyczności wskazują na zgodność stylu z pismami Klemensa i na to, że sfałszowanie takiego tekstu wymagałoby kompetencji niezwykle rzadkich. Przeciwnicy wskazują na zbieżności z twórczością i zainteresowaniami samego odkrywcy, na osobliwości pisma widoczne na zdjęciach oraz na to, że okoliczności znalezienia zna się wyłącznie z jego relacji.
Trzeba powiedzieć wprost: spór trwa i nie ma rozstrzygnięcia. Nie jest to sytuacja, w której jedna strona ma przewagę dowodową, a druga trwa przy swoim mimo faktów. Argumenty są po obu stronach poszlakowe, bo poszlaki to wszystko, czym można dysponować, gdy przedmiotu badania nie ma.
To jest właściwy temat
Sprawa ma wartość przede wszystkim jako lekcja metody. Pokazuje, że o rozstrzygalności decyduje dostępność obiektu, nie siła argumentacji. Gdyby rękopis leżał w publicznym zbiorze, pytania o atrament i o rękę rozstrzygnięto by w tydzień, a dyskusja przeszłaby do rzeczy poważniejszych. Bez obiektu każda ze stron może w nieskończoność wzmacniać własną interpretację zdjęć.
Pokazuje też, jak wiele zależy od tego, że odkrycie zgłasza jedna osoba i że tylko ta osoba widziała przedmiot. Nie jest to zarzut wobec kogokolwiek — to opis układu, w którym nawet uczciwe odkrycie zostaje pozbawione możliwości potwierdzenia.
Czego to nie dowodzi
Zniknięcie rękopisu nie dowodzi fałszerstwa. Zbiory klasztorne bywały przenoszone, rozdzielane i katalogowane niedbale, a przedmioty ginęły z powodów zupełnie zwyczajnych. Wnioskowanie z samej niedostępności byłoby domysłem.
Nie dowodzi też autentyczności to, że tekst brzmi wiarygodnie. Dobre fałszerstwo brzmi wiarygodnie z definicji — na tym polega. Podobieństwo stylu jest argumentem tylko wtedy, gdy da się wykluczyć, że ktoś ten styl umyślnie odtworzył.
Przede wszystkim zaś nic z tej sprawy nie może wchodzić do opisu Ewangelii Marka. Dopóki obiektu nie ma i nikt niezależny go nie zbadał, cytowane ustępy nie są materiałem, na którym wolno cokolwiek opierać — ani wniosku o wcześniejszej wersji Ewangelii, ani żadnego twierdzenia o Jeszui. To sprawa nierozstrzygnięta i tak należy ją zostawić.







