Bet-Szean leży w miejscu, o które warto było się bić: tam, gdzie dolina Jezreel schodzi do doliny Jordanu, na skrzyżowaniu drogi biegnącej z wybrzeża w głąb lądu z drogą prowadzącą doliną rzeki na północ i południe. Kto trzymał to wzgórze, kontrolował ruch w obie strony. Egipt trzymał je przez większość późnej epoki brązu i zostawił po sobie dokumentację, jakiej z innych miast Kanaanu nie mamy.
Stele
Na stanowisku odnaleziono trzy królewskie stele egipskie — dwie wystawione przez Setiego I i jedną przez Ramzesa II — a także posąg jednego z późniejszych władców. Stela królewska nie była ozdobą. Była aktem urzędowym: znakiem, że miejsce należy do faraona, wystawionym po to, by widzieli je miejscowi. Jej treść zwykle relacjonuje wyprawę, wymienia pokonanych i ogłasza przywrócenie porządku.
Jeden z tekstów Setiego I zawiera wzmiankę o Apiru z pewnego górzystego rejonu. To określenie wraca w źródłach Bliskiego Wschodu przez kilka stuleci i wymaga ostrożności. Apiru nie są ludem ani plemieniem; jest to kategoria społeczna obejmująca ludzi wyrwanych ze swojego miejsca — zbiegów, najemników, bandy działające poza strukturą miast. Spotyka się ich od Mezopotamii po Egipt, w różnych okresach i w różnych rolach. Podobieństwo brzmieniowe do słowa oddawanego jako Hebrajczyk jest dostrzegane od dawna i pozostaje przedmiotem sporu; nawet gdyby związek językowy istniał, nie czyniłby z Apiru Izraelitów, bo kategoria jest szersza i starsza. Wzmiankę z Bet-Szean warto więc odnotować jako świadectwo niepokojów w górach, a nie jako wzmiankę o Izraelu.
Miasto garnizonowe
Poza stelami odsłonięto tam budowle o egipskim planie, w tym rezydencję zarządcy, oraz naczynia wytwarzane na miejscu według egipskich wzorów. Obraz jest jednoznaczny: nie chodziło o przejazdy wojsk, lecz o stałą administrację z siedzibą, urzędnikami i zapleczem, trwającą przez pokolenia.
To wyjaśnia zdanie z Księgi Sędziów, które bez tego tła brzmi jak przyznanie się do porażki bez powodu.
Manasses nie wypędził też mieszkańców Bet-Szean i jego miasteczek ani mieszkańców Tanaku i jego miasteczek, ani mieszkańców Dor i jego miasteczek, ani mieszkańców Jibleam i jego miasteczek, ani mieszkańców Megiddo i jego miasteczek. Kananejczycy nadal mieszkali więc w tej ziemi.
Sdz 1,27
Wymienione miasta leżą w dolinie i wzdłuż jej krawędzi — czyli tam, gdzie Egipt trzymał posterunki, a lokalni władcy dysponowali rydwanami. Osobne zdanie mówi o tym wprost.
Synowie Józefa odpowiedzieli: Góra nam nie wystarczy, a wszyscy Kananejczycy, którzy mieszkają w dolinach, mają żelazne rydwany, zarówno ci, którzy mieszkają w Bet-Szean i w przyległych do niego miasteczkach, jak i ci, którzy mieszkają w dolinie Jizreel.
Joz 17,16
Podział na góry, które udało się zająć, i doliny, które pozostały poza zasięgiem, odpowiada dokładnie podziałowi na obszary poza kontrolą Egiptu i obszary pod jego kontrolą. Jest to zgodność geograficzna między dwoma niezależnymi zestawami danych i warto ją odnotować.
Ta sama okolica tłumaczy też, dlaczego tekst mówi o unikaniu drogi nadmorskiej.
A stało się tak, że gdy faraon wypuścił lud, Bóg nie prowadził go drogą przez ziemię Filistynów, chociaż była bliższa. Bóg bowiem powiedział: Żeby lud na widok wojny nie żałował i nie wrócił do Egiptu.
Wj 13,17
Czego to nie dowodzi
Stele z Bet-Szean nie dowodzą historyczności podboju ani obecności Izraela w dolinie. Nie ma w nich żadnej wzmianki, którą można by z Izraelem powiązać — wzmianka o Apiru nią nie jest i nie należy jej tak przedstawiać.
Dowodzą natomiast rzeczy, która porządkuje całą dyskusję: przez cały okres, w którym umieszcza się wejście do Kanaanu, doliny tego kraju były pod egipską administracją. Zgodność z opisem z Księgi Sędziów jest realna, ale trzeba ją nazwać precyzyjnie — jest to zgodność obrazu układu sił, a nie potwierdzenie jakiegokolwiek wydarzenia. Nie rozstrzyga też datowania Wyjścia, bo egipska obecność w tym mieście obejmuje wszystkie proponowane daty. Brak śladów izraelskich w warstwach z tego okresu nie jest z kolei argumentem przeciw, bo według samego tekstu Izraela w tym mieście nie było — i to jest przypadek, w którym milczenie znalezisk i treść tekstu mówią to samo.







