Na płaskowyżu Serabit el-Chadim w południowo-zachodnim Synaju leży jedno z lepiej zachowanych świadectw egipskiej obecności poza doliną Nilu. Egipcjanie przychodzili tam po turkus — kamień ceniony w biżuterii i w kulcie — i robili to przez stulecia, z przerwami, od Starego Państwa aż po czasy ramessydzkie. Zostawili po sobie kopalnie, świątynię i całe archiwum wykute w kamieniu.
Jak wyglądała taka wyprawa
Wydobycie nie polegało na stałej kolonii. Wyprawy przychodziły sezonowo, w chłodniejszych miesiącach, pracowały kilka tygodni i wracały. Były to przedsięwzięcia państwowe: liczyły od kilkudziesięciu do kilkuset ludzi, miały wyznaczonego dowódcę, urzędników, skrybów, ludzi od zaopatrzenia i osobno robotników do kucia w skale. Droga z Delty nad zatokę, a potem w górę na płaskowyż, zabierała wiele dni i wymagała zorganizowanego zaplecza wodnego.
Na płaskowyżu stoi świątynia poświęcona Hathor, czczonej tu jako pani turkusu; jej najstarsza część mieści się w skalnym schronieniu, a kolejni władcy dobudowywali do niej dziedzińce i kaplice, aż powstał długi, ciągnący się szereg pomieszczeń. Obok czczono bóstwo opiekujące się wschodnimi rubieżami. Kult był tu praktyczny: wyprawa przychodziła po kamień i po drodze płaciła bogini za powodzenie.
Stele — dokumentacja urzędowa w kamieniu
Wokół świątyni i przy szybach ustawiono dziesiątki stel i wykuto liczne napisy. Ich treść jest urzędowa: rok panowania władcy, imię i tytuł dowódcy ekspedycji, czasem skład i liczebność oddziału, czasem wynik wyprawy. Jest to więc zapis administracyjny, nie literacki — i właśnie dlatego wartościowy, bo pozwala zobaczyć rytm i skalę przedsięwzięć na przestrzeni wieków.
W tych zapisach pojawiają się też ludzie z Lewantu. Egipskie teksty ekspedycyjne wymieniają Azjatów wśród uczestników wypraw, a jedno z przedstawień ukazuje przybysza z północy wysokiej rangi w towarzystwie orszaku. Semiccy robotnicy pracowali więc w tych kopalniach obok Egipcjan, i to właśnie z tego środowiska wyrosły znane stąd wczesne napisy alfabetyczne — osobny temat, któremu poświęcony jest odrębny artykuł.
Co z tego wynika dla sporu o trasę
Wynika jedna rzecz, i to ważna: Egipt był na Synaju obecny, także na południu półwyspu. Rozstrzyganie trasy Wyjścia często opiera się na założeniu, że uciekinierzy szli w pustkę, poza zasięg faraona. Na północy zasięg ten był oczywisty — biegł tamtędy obsadzony trakt nadmorski.
W trzecim miesiącu od wyjścia synów Izraela z ziemi Egiptu, w tym samym dniu, przyszli na pustynię Synaj.
Wj 19,1
Południe nie było jednak białą plamą. Rejon kopalń był Egiptowi znany, opisany i regularnie odwiedzany, a droga do niego pilnowana. Trasa południowa, tradycyjnie preferowana, prowadzi zatem w okolicę, w której państwo egipskie miało swoje interesy i swoich ludzi.
Argument ten ma jednak ograniczoną moc i trzeba to powiedzieć wprost. Obecność była sezonowa i punktowa: kilka tygodni w roku, w wąskim pasie między drogą a kopalnią. Poza sezonem i poza tym pasem półwysep był praktycznie pusty. Wnioskowanie, że nikt nie mógł się tam przemieszczać niezauważony, jest więc nadużyciem — tak samo jak twierdzenie, że rejon był całkowicie odcięty od Egiptu.
Czego to nie dowodzi
Kopalnie w Serabit el-Chadim nie dowodzą, że Izrael tamtędy przeszedł ani że nie przeszedł. Nie ma tam żadnego znaleziska, które dałoby się z wędrówką powiązać, i nie należy się takiego spodziewać. Nie rozstrzygają też datowania Wyjścia: wyprawy trwały przez tak długi okres, że obejmują wszystkie proponowane daty, więc nie działają jak zegar. To, co dają, jest skromniejsze i pewne — obraz tego, jak Egipt zarządzał pustynią na wschód od Delty. Ten obraz jest tłem dla całej dyskusji o trasie i powinien ją urealnić w obie strony: pustynia nie była ani strzeżoną granicą, ani ziemią niczyją.







