Pergamin w naturalnym stanie jest jasny, od kremowego po żółtawy. Kilka kodeksów ewangelicznych z szóstego wieku wygląda inaczej: ich karty są ciemnoczerwone, niemal fioletowe, a tekst zapisano na nich atramentem ze srebra i złota. To grupa zwana purpurowymi kodeksami — księgi, których wygląd był ważniejszy od wygody czytania.
Jak powstaje taka księga
Barwienie pergaminu na purpurę było kosztowne samo w sobie, ale to dopiero początek rachunku. Na ciemnym tle zwykły atrament roślinny jest nieczytelny, więc pismo trzeba było kłaść metalem — srebrem, a w miejscach wyróżnionych złotem. Metal nanoszono w postaci zawiesiny, co wymagało innego przygotowania podłoża i innej ręki niż pisanie zwyczajnym inkaustem.
Nie był to więc rękopis, który powstawał w klasztornym skryptorium na bieżące potrzeby. Za takim zamówieniem stał fundator dysponujący majątkiem, a wykonanie zajmowało warsztat na długo. Purpura miała w świecie późnoantycznym znaczenie ustalone: była barwą dworu. Księga w purpurze mówiła coś o randze tego, kto ją ufundował, zanim ktokolwiek przeczytał pierwszą linijkę.
Do patrzenia, nie do studiowania
Srebrny tekst na ciemnym tle czyta się źle. Kontrast jest niski, a srebro z czasem ciemnieje i utlenia się, przez co litery zlewają się z podłożem. Ktokolwiek zamawiał taki kodeks, nie planował godzin pracy nad nim przy lampie. Księga miała być noszona, pokazywana, kładziona na ołtarzu — oglądana raczej niż wertowana.
To dobry moment, żeby zauważyć rzecz, która w opisach rękopisów gubi się najczęściej. Kodeks bywał przedmiotem prestiżu, elementem majątku i darem reprezentacyjnym. Wartość takiej księgi mierzono materiałem i pracą, nie tym, ile osób ją przeczytało. Historia przekazu Pisma to nie tylko dzieje kopistów pochylonych nad tekstem, ale też dzieje mecenatu, mody i pieniądza.
Co z tego dla samego tekstu
Wbrew pozorom takie rękopisy nie są dla badania tekstu bezużyteczne. Skoro powstawały w kosztownych warsztatach, przepisywano je z egzemplarzy uznanych na miejscu za dobre — a to znaczy, że utrwaliły stan tekstu w konkretnym środowisku i konkretnym czasie. Kilka zachowanych kodeksów tej grupy wykazuje przy tym pokrewieństwo między sobą, co pozwala traktować je jako świadków wspólnej tradycji, a nie pojedyncze osobliwości.
Jest też odwrotna strona. Luksusowy rękopis powstaje pod presją wyglądu. Kolumna ma się kończyć równo, karta ma wyglądać dostojnie, a to sprzyja decyzjom podejmowanym ze względów graficznych. Skrót, uproszczenie albo pominięcie krótkiego zwrotu bywa w takich księgach śladem kompozycji strony, nie stanu tekstu wzorcowego. Świadka trzeba więc czytać z tą świadomością.
Rozproszenie
Los takich ksiąg bywał podobny: rozdzielano je, sprzedawano częściami, wywożono. Karty jednego kodeksu potrafią dziś znajdować się w zbiorach oddalonych od siebie o tysiące kilometrów, a rekonstrukcja pierwotnej całości wymaga zestawiania fragmentów rozproszonych przez stulecia. To także część historii przekazu — nie każde uszkodzenie rękopisu jest dziełem czasu, część jest dziełem handlu.
Czego to nie dowodzi
Kosztowność rękopisu nie mówi nic o jakości zapisanego w nim tekstu. Złoto i purpura są świadectwem zamożności fundatora, a nie staranności kopisty ani wartości wzorca. Skromny, brzydko pisany papirus bywa dla ustalenia pierwotnego brzmienia świadkiem cenniejszym niż najdroższa księga świata.
Te kodeksy nie dowodzą też niczego o pobożności swoich właścicieli. Ufundowanie kosztownej księgi mogło wypływać z czci dla Pisma, ale mogło wynikać z obyczaju, z rywalizacji między fundatorami albo z potrzeby zaznaczenia pozycji. Przedmiot nie zdradza intencji, a przypisywanie zmarłym motywów na podstawie ich wydatków jest domysłem.
Nie ma wreszcie podstaw, by traktować purpurowe kodeksy jako dowód, że tekst Ewangelii uległ w tym czasie zniekształceniu przez przepych. Zmiany, które w nich występują, są tego samego rodzaju co w innych rękopisach epoki. Nadzwyczajna jest oprawa, nie treść.







