Przez kilka lat w środowiskach apologetycznych krążyła zapowiedź: odnaleziono fragment Ewangelii Marka z pierwszego wieku, a więc rękopis powstały jeszcze za życia świadków opisywanych wydarzeń. Informację powtarzano w debatach i wykładach, zanim ktokolwiek zobaczył tekst. Gdy papirus wreszcie opublikowano jako P137, okazał się o stulecia młodszy, niż zapowiadano — a cała sprawa skończyła się skandalem wokół handlu zabytkami.
Jak zapowiedź wyprzedziła publikację
Rzecz zaczęła się od wzmianki rzuconej publicznie: że istnieje taki fragment, że jest badany i że wkrótce zostanie ogłoszony. Nie towarzyszyły temu zdjęcia, opis ani wskazanie, gdzie przedmiot się znajduje. Mimo to informacja ruszyła w obieg i żyła własnym życiem, przywoływana jako argument w dyskusjach o wiarygodności Ewangelii.
To jest właściwy punkt tej historii. Twierdzenie o datowaniu rękopisu jest twierdzeniem, które można sprawdzić — ale dopiero wtedy, gdy rękopis zostanie pokazany i opisany. Do tego momentu jest zapowiedzią, a zapowiedź nie ma wartości dowodowej niezależnie od tego, kto ją wygłasza. Powtarzanie jej jako ustalenia było błędem popełnianym latami przez wiele osób.
Co pokazała publikacja
Opublikowany fragment jest niewielki i zawiera urywek tekstu Marka. Datowanie podane przez wydawców umieszcza go znacznie później niż w krążącej zapowiedzi — nie w pierwszym wieku i nie blisko niego. Nie czyni go to bezwartościowym: wczesne urywki Marka są rzadkie i każdy nowy świadek się liczy. Czyni go natomiast czymś zupełnie innym niż to, co obiecywano.
Warto zwrócić uwagę na samą metodę datowania. Papirus datuje się przede wszystkim na podstawie kształtu liter, przez porównanie z dokumentami, których wiek jest znany z innych powodów. To metoda o szerokim marginesie — mówi raczej o przedziale kilkudziesięciu lat niż o dacie. Ostrożny papirolog podaje widełki, nie rok. Kategoryczne twierdzenie o pierwszym wieku było więc podejrzane już z tego powodu, zanim ktokolwiek zobaczył fragment.
Drugie dno sprawy
Do problemu naukowego doszedł problem poważniejszy. Wyszło na jaw, że fragmenty z pewnego zbioru instytucjonalnego były sprzedawane prywatnym nabywcom bez uprawnień do takich transakcji. Sprawa dotyczyła wielu przedmiotów i zakończyła się postępowaniem oraz zwrotem części z nich.
Oba wątki są ze sobą związane ściślej, niż mogłoby się wydawać. Presja na sensację i presja rynkowa działają w tę samą stronę: obie zachęcają, by ogłaszać przed zbadaniem i przekazywać przedmiot, zanim zostanie należycie opisany. Tam, gdzie na rękopisie da się zarobić albo wygrać spór, procedura jest tym, co najpierw ustępuje.
Co z tego zostaje
Zostaje wniosek prosty i niewygodny dla obu stron sporu o wiarygodność Nowego Testamentu. Argument z bardzo wczesnego rękopisu jest kuszący, bo wydaje się rozstrzygający — i właśnie dlatego bywa nadużywany. Wiek najstarszego zachowanego świadka nie jest zresztą tym, na czym opiera się rekonstrukcja tekstu; opiera się ona na liczbie i wzajemnej niezależności świadków, a nie na jednym rekordzie.
Czego to nie dowodzi
Upadek tej zapowiedzi nie dowodzi, że tekst Ewangelii Marka jest niepewny. Nic się w nim nie zmieniło — zmieniła się tylko wartość jednego argumentu, który nigdy nie był oparty na opublikowanym materiale. Rękopisy Marka znane wcześniej są takie same jak przedtem.
Nie dowodzi też, że nie mogą pojawić się bardzo wczesne fragmenty. Znaleziska papirusowe wciąż są publikowane, a zbiory czekające na opracowanie są liczne. Rzecz w tym, żeby o datowaniu mówić po opisie, nie przed nim.
Wreszcie sprawa nie uzasadnia odwrotnego uproszczenia — że wszystkie zapowiedzi z tego kręgu są nierzetelne. Zawiodła konkretna praktyka: ogłoszenie bez dostępu do przedmiotu i bez recenzji. To błąd proceduralny, który da się wskazać, opisać i którego da się nie powtarzać.







