Najstarsza zachowana w całości grecka Biblia nie kończy się tam, gdzie kończą się dzisiejsze wydania. Po Apokalipsie następują w niej jeszcze dwa pisma, których nie znajdziemy w żadnym współczesnym kanonie: List Barnaby i Pasterz Hermasa.
Co znaczy zawartość kodeksu
Kodeks to zbiór oprawiony razem — i to jest zarazem jego siła, i pułapka interpretacyjna. Siła, bo pokazuje realny wybór: ktoś w czwartym wieku poniósł koszt przepisania tych właśnie ksiąg, w tej kolejności, na drogim materiale. Pułapka, bo z faktu, że coś zostało przepisane razem, nie wynika automatycznie, że miało tę samą rangę.
Możliwe są bowiem dwa odczytania i uczciwie trzeba podać oba. Według pierwszego oba pisma znajdowały się wtedy w obrębie tego, co uznawano za księgi święte, a granica kanonu nie była jeszcze domknięta. Według drugiego kodeks obejmował dodatkowo pisma uważane za pożyteczne do czytania w zgromadzeniu, choć nie zrównane z Ewangeliami i listami apostolskimi.
W obu wypadkach wniosek podstawowy pozostaje ten sam: w czwartym wieku granice zbioru nie były tak oczywiste, jak sugeruje spis treści dzisiejszej Biblii. Sam kodeks tego stanu nie ustanawia, tylko go dokumentuje.
Dlaczego to nie jest odosobniony przypadek
Zawartość tego kodeksu układa się w szerszy obraz. Zachowały się starożytne wykazy ksiąg, które również nie pokrywają się z dzisiejszym spisem — jak Kanon Muratoriego czy lista zapisana w Kodeksie Klaromontańskim. Każdy taki dokument pokazuje stan wiedzy i praktyki jednego środowiska.
Zestawione razem prowadzą do wniosku umiarkowanego. Trzon zbioru — Ewangelie i główne listy — powtarza się wszędzie i nie jest przedmiotem wahań. Wahania dotyczą obrzeży: kilku krótkich pism, co do których świadectwa się różnią. To ważne rozróżnienie, bo bywa zacierane w obie strony: raz przez zapewnienia, że nigdy nie było żadnych wątpliwości, raz przez twierdzenia, że kanon jest dziełem przypadku.
Kanon a rękopisy
Dla czytelnika, który uznaje Pismo za jedyną podstawę wiary, wniosek jest zobowiązujący, ale nie niepokojący. Rękopisy pokazują, jak przebiegało rozpoznawanie zbioru — z pytaniami, z lokalnymi różnicami, z pismami, które wypadły po drodze. Nie pokazują, że rozstrzygnięcie było dowolne.
Warto też zauważyć, że oba dodatkowe pisma z tego kodeksu ostatecznie nie utrzymały się nigdzie. Zbiór nie tylko przyjmował — potrafił też odrzucać, i to na przestrzeni długiego czasu, w różnych miejscach, bez jednej instancji, która by to narzuciła.
Jest jeszcze aspekt techniczny, który łatwo przeoczyć. Zwój mieści jedno dzieło albo kilka krótkich; kodeks pozwala oprawić razem wiele ksiąg i tym samym wymusza decyzję, co znajdzie się w środku, a co zostanie poza oprawą. Wraz z upowszechnieniem kodeksu pytanie o granice zbioru przestało być teoretyczne i stało się kwestią, którą trzeba rozstrzygnąć przed rozpoczęciem przepisywania.
Czego to nie dowodzi
Obecność tych pism w kodeksie nie dowodzi, że uznawano je za równe Ewangeliom. Jeden zbiór poświadcza praktykę jednego skryptorium i środowiska, które go zamówiło.
Nie dowodzi też, że kanon powstał arbitralnie. Pokazuje proces rozciągnięty w czasie, w którym trzon był stały, a spór dotyczył obrzeży.
Nie rozstrzyga wreszcie niczego o wartości samych tych pism. To, że znalazły się w jednym kodeksie z Ewangeliami, nie czyni ich Pismem, a to, że dziś ich tam nie ma, nie znaczy, że były bezwartościowe dla tych, którzy je przepisywali.







