Najstarsze zachowane w całości kopie Ewangelii Jana i Łukasza są dziś opisane, sfotografowane i wydane. Wiadomo o nich niemal wszystko poza jednym: jak dokładnie zostały znalezione i co leżało obok nich.
Znalezisko bez wykopalisk
Papirusy znane jako kolekcja Bodmera — wśród nich P66, P72 i P75 — wiąże się z jednym miejscem w Egipcie, w okolicy Dishny. Nie zostały jednak wydobyte w toku badań archeologicznych. Trafiły do obrotu, przeszły przez ręce pośredników i rozeszły się po świecie, a znaczna ich część znalazła się w prywatnej kolekcji w Szwajcarii.
Nie sporządzono przy tym żadnej dokumentacji, jaką daje wykopalisko: planu, opisu warstw, spisu przedmiotów towarzyszących. Cała wiedza o okolicznościach znaleziska pochodzi z relacji zebranych po fakcie, od osób związanych z handlem, a nie z zapisu prowadzonego na miejscu.
Dlatego status tej historii jest mieszany. Że papirusy pochodzą z jednego rejonu, uchodzi za dobrze uzasadnione. Ale odtworzenie pierwotnego zespołu — które dokładnie rękopisy leżały razem, czy stanowiły jeden księgozbiór, kto go zgromadził i przechowywał — pozostaje rekonstrukcją, i to rekonstrukcją sporną. Przypisanie konkretnego kodeksu do tego samego zbioru bywa kwestionowane.
Co tracimy razem z kontekstem
Rękopisowi bez kontekstu nie ubywa liter. Tekst da się odczytać tak samo dobrze, a wiek papirusu ocenia się na podstawie pisma i materiału, nie na podstawie miejsca znalezienia. W tej warstwie strata jest niewielka.
Strata pojawia się o poziom wyżej. Bez kontekstu nie wiadomo, kto tych ksiąg używał ani do czego. Nie wiadomo, czy leżały w bibliotece wspólnoty, czy w prywatnym zbiorze, czy zostały ukryte celowo. Nie wiadomo, co jeszcze przechowywano razem z nimi — a właśnie sąsiedztwo innych tekstów mówi najwięcej o tym, jak czytano księgi Nowego Testamentu w tamtym czasie i miejscu.
Jest też strona etyczna, o której rzadko pisze się przy okazji zachwytów nad wiekiem rękopisów. Zakup zabytków wydobytych poza kontrolą tworzy popyt, a popyt napędza kolejne wykopy prowadzone łopatą i nocą. Rękopisy tej rangi weszły do nauki drogą, która ten mechanizm podtrzymywała.
Różnica między znanym miejscem a udokumentowanym kontekstem bywa zacierana, a jest zasadnicza. Miejsce to punkt na mapie; kontekst to zapis tego, co gdzie leżało i w jakim układzie. Pierwsze można podać na podstawie cudzej relacji. Drugie powstaje wyłącznie w trakcie badania i nie da się go odtworzyć później.
Dochodzi do tego kwestia wiarygodności samych relacji. Opowieści o okolicznościach znaleziska zbierano od ludzi związanych z handlem, a więc od osób, dla których pochodzenie towaru bywa argumentem sprzedażowym. To nie znaczy, że mówili nieprawdę. Znaczy, że ich słowa są źródłem, które trzeba ważyć, a nie protokołem z badań.
Czego to nie dowodzi
Brak dokumentacji nie podważa samych papirusów. Ich tekst i wiek ocenia się niezależnie od tego, jak trafiły na rynek, i pod tym względem należą do najlepiej zbadanych świadków Nowego Testamentu.
Nie da się natomiast na ich podstawie orzekać o środowisku, w którym powstały czy były używane. Wszystko, co mówi się o właścicielach i przeznaczeniu tego zbioru, opiera się na rekonstrukcji, a nie na obserwacji stanowiska.
Nie należy wreszcie traktować rekonstrukcji zespołu z Dishny jako ustalenia. To hipoteza robocza, spójna, lecz sporna w szczegółach — i taką trzeba ją przedstawiać, zamiast opowiadać o skarbie z pełnym spisem zawartości, którego nikt nigdy nie sporządził.







