Grecki przekład ksiąg świętych, zwany Septuagintą, ma swoją opowieść założycielską. Zapisano ją w tekście, który przedstawia się jako list dworzanina imieniem Arysteasz. Według niej król z dynastii Ptolemeuszów zapragnął umieścić w swojej bibliotece żydowskie Prawo, zwrócił się do Jerozolimy, a stamtąd przysłano tłumaczy — sześciu z każdego pokolenia, czyli siedemdziesięciu dwóch. Od tej liczby wzięła się nazwa.
Co opowiada list
Opowieść jest rozbudowana. Król okazuje szacunek świętym księgom i wypuszcza żydowskich jeńców. Arcykapłan wysyła najlepszych ludzi, biegłych w obu językach. Tłumacze przybywają do Aleksandrii, pracują w spokoju, wynik zostaje odczytany wspólnocie i przyjęty. Znaczna część tekstu to nie relacja z przekładu, lecz opis wystawności dworu, darów, uczt i rozmów, w których żydowscy mędrcy odpowiadają na pytania króla, wypadając w każdej z nich lepiej od gospodarzy.
Późniejsze przekazy dołożyły do tego rys cudowny: tłumacze mieli pracować osobno, w odosobnieniu, a ich przekłady miały okazać się identyczne co do słowa. W samej opowieści o Arysteaszu tego nie ma — tam pracują razem i uzgadniają wynik.
Dlaczego to nie jest kronika
Tekst ma cel, który widać na wylot. Autor przedstawia się jako Grek z dworu, a pisze z pozycji żydowskiej i wyraźnie chce jednego: żeby grecki przekład Tory uchodził za dzieło o najwyższym autorytecie. Dlatego zamawia go król, dlatego wybrani są ludzie z Jerozolimy, dlatego wspólnota przyjmuje wynik uroczyście.
To sposób argumentowania, nie protokół. Nie znaczy, że wszystko w opowieści jest zmyślone — realia dworu i miasta są opisane wiarygodnie. Znaczy, że tekst służy uzasadnieniu, a takie teksty czyta się z uwagą na to, komu i do czego były potrzebne.
Co wiemy poza legendą
Obraz wyłaniający się z porównania samych ksiąg jest inny i mniej efektowny. Septuaginta nie powstała jednorazowo. Najpierw przełożono Torę, potem, przez dłuższy czas, kolejne księgi, różnymi rękami i na różnym poziomie. Widać to w słownictwie i w podejściu do składni: jedne księgi trzymają się hebrajskiego kurczowo, inne swobodnie oddają sens. Nie jest to dzieło jednego zespołu w jednym roku, lecz proces.
Ważniejsza od królewskiego zamówienia była zwyczajna potrzeba. W Aleksandrii mieszkała duża społeczność żydowska, której językiem codziennym i domowym był grecki. Kolejne pokolenia coraz słabiej radziły sobie z hebrajskim, a mimo to chciały czytać własne księgi i według nich żyć. Przekład powstał najpierw dla nich — dopiero potem stał się przedmiotem opowieści o bibliotece i dworze.
Dlaczego to ważne dla Nowego Testamentu
Autorzy ksiąg nowotestamentowych cytują Stary Testament najczęściej w greckim brzmieniu. Kiedy więc cytat różni się od polskiego przekładu Starego Testamentu, przyczyną bywa nie pomyłka, lecz to, że apostoł sięgnął po tekst grecki, a nasze wydania Starego Testamentu tłumaczą z hebrajskiego.
Najbardziej znany przykład to zapowiedź przywołana w opisie narodzenia.
Oto dziewica będzie brzemienna i urodzi syna, któremu nadadzą imię Emmanuel, co się tłumaczy: Bóg z nami.
Mt 1,23
Greckie słowo użyte w tym miejscu i hebrajskie słowo z Księgi Izajasza nie pokrywają się dokładnie zakresem znaczeń, co stało się później osią osobnego sporu.
Czego to nie dowodzi
Opowieść o siedemdziesięciu dwóch nie dowodzi, że przekład powstał tak, jak ją opisano, ani że jest natchniony. Cudowna wersja o identycznych przekładach pochodzi z przekazów późniejszych i jest argumentem, nie świadectwem.
Nie dowodzi też odwrotnie — że Septuaginta jest tworem podejrzanym. Jest po prostu przekładem: w jednych księgach lepszym, w innych słabszym, powstałym z realnej potrzeby wspólnoty, która przestała rozumieć hebrajski. Jej znaczenie polega na tym, że była Biblią bardzo wielu Żydów, a potem tekstem, po który sięgali autorzy Nowego Testamentu — i to jest fakt niezależny od tego, ile prawdy jest w opowieści o jej powstaniu.







