Przed rokiem 1843 Asyria była w praktyce nie do sprawdzenia. Wiedziano o niej z Biblii, z kilku stron Herodota, z późnych streszczeń autorów greckich i z niejasnych wzmianek. Nie znano ani jednego asyryjskiego zdania napisanego przez Asyryjczyka.
Ruiny, obok których się przechodziło
Miejsca nie były zapomniane — były nierozpoznane. Kopce nad Tygrysem uchodziły za naturalne wzniesienia albo za pozostałości nieokreślonej starożytności. Wojsko greckie maszerujące przez ten teren w IV wieku przed naszą erą minęło opuszczone mury wielkiego miasta i zanotowało jego istnienie, nie mając pojęcia, że przechodzi obok stolicy imperium sprzed dwustu lat.
W takiej sytuacji zdania biblijne o królach Asyrii nie dawały się z niczym zestawić. Sceptyk mógł uznać Sargona za postać zmyśloną i nie było czym mu odpowiedzieć. Nie chodziło o złą wolę: po prostu nie istniało źródło porównawcze.
Trzydzieści lat, które to zmieniły
Paul Emile Botta zaczął kopać w Chorsabad w roku 1843, przekonany, że odsłania Niniwę. Odsłonił pałac Sargona II, wraz z reliefami i inskrypcjami. Dwa lata później Austen Henry Layard rozpoczął prace w Nimrud, również sądząc, że pracuje w Niniwie; dopiero późniejsze badania na kopcu Kujundżyk pokazały, gdzie leżało miasto z Księgi Jonasza.
Równolegle toczyła się druga praca, mniej widowiskowa i ważniejsza: odczytanie pisma klinowego. Punktem zaczepienia była wielojęzyczna inskrypcja skalna w Persji, skopiowana z narażeniem życia, a rozstrzygnięciem — publiczny sprawdzian z lat pięćdziesiątych XIX wieku, w którym kilku uczonych niezależnie przetłumaczyło ten sam nieznany im wcześniej tekst i otrzymało zbieżne wyniki. Od tego momentu asyryjskie tabliczki zaczęły mówić.
W roku 1872 George Smith, pracując nad tabliczkami z Niniwy, natrafił na opowieść o potopie i o statku, który osiadł na górze. Wiadomość obiegła prasę i sprawiła, że młoda dziedzina zyskała publiczność.
Cena tego tempa
Trzeba powiedzieć wprost, jak ta praca wyglądała. Kopano szybko, tunelami wzdłuż ścian, szukając reliefów i przedmiotów nadających się do wywiezienia. Warstwy, w których nie było spodziewanych znalezisk, przebijano bez dokumentacji. Ekspedycje rywalizowały ze sobą o stanowiska i o obiekty, a znaleziska płynęły do muzeów europejskich w atmosferze wyścigu.
Skutkiem jest strata, której nie da się odrobić. Dla wielu przedmiotów z tamtych lat nie wiadomo dziś dokładnie, z której warstwy pochodzą i co leżało obok nich. Metoda, którą potem wypracowano w Aszur i na innych stanowiskach, była reakcją właśnie na te straty.
Co ta historia właściwie pokazuje
Pokazuje, jak działa argument z milczenia. Brak potwierdzenia dla Sargona nie był dowodem, że go nie było — był dowodem, że nikt jeszcze nie kopał we właściwym miejscu. To działa w obie strony i dlatego jest lekcją także dla strony wierzącej: brak potwierdzenia nie przesądza sprawy, ale i przyszłe znalezisko nie jest dłużne nikomu potwierdzenia.
Czego to nie dowodzi
Odkrycie Asyrii nie dowiodło prawdziwości Biblii. Dowiodło, że jedno z państw, o których Biblia mówi, istniało i miało własne piśmiennictwo — a to dwie różne rzeczy. Nowe teksty rozstrzygnęły niektóre spory na korzyść tekstu hebrajskiego i otworzyły inne, wcześniej niedostrzegane, jak rozbieżność liczb w opisie trybutu Ezechiasza.
Nie znaczy też, że dziewiętnastowieczni odkrywcy szukali potwierdzenia Pisma i je znaleźli. Motywy były mieszane: prestiż narodowy, ciekawość, rynek muzealny, ambicja naukowa. Nahum zapowiadał, że po Niniwie nie zostanie nikt, kto by nad nią płakał — i przez dwa i pół tysiąca lat nikt nie wiedział nawet, gdzie leżała.
Ten, kto cię ujrzy, oddali się od ciebie i powie: Zburzona jest Niniwa, któż będzie jej żałował? Gdzie mam szukać dla ciebie pocieszycieli?
Na 3,7







