Od kilkudziesięciu lat krąży opowieść o koralowych kołach rydwanów leżących na dnie zatoki Akaba, w miejscu, gdzie Izrael miał przejść przez morze. Ma ona zdjęcia, ma mapki, ma nazwiska i ma bardzo mocny ładunek emocjonalny. Nie ma natomiast jednej rzeczy: przedmiotu, który można wziąć do ręki. Warto tę sprawę omówić dokładnie, bo pokazuje ona różnicę między relacją o odkryciu a odkryciem.
Co zostało ogłoszone
Amerykanin Ron Wyatt, z zawodu niezwiązany z archeologią, ogłosił w latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych serię odkryć: arkę Noego, arkę przymierza, a wśród nich pozostałości egipskiego wojska na dnie zatoki Akaba, naprzeciw plaży Nuwejba. Opis mówił o obrośniętych koralem kołach, o osiach, o kościach koni i ludzi, a nawet o pokrytym złotem kole, które miało nie obrosnąć koralem, bo złoto koralowca nie przyjmuje.
Wtedy wody wróciły i okryły rydwany i jeźdźców, i całe wojsko faraona, które weszło za nimi w morze. Nie pozostał ani jeden z nich.
Wj 14,28
Werset ten był przywoływany jako zapowiedź tego, co miało leżeć na dnie. Sam w sobie nie mówi jednak nic o tym, gdzie owo dno się znajduje ani co przetrwało pod wodą.
Jak się sprawdza takie doniesienie
Procedura jest nudna i dlatego skuteczna. Znalezisko podwodne dokumentuje się na miejscu, opisuje w siatce współrzędnych, fotografuje ze skalą, a próbki pobiera się i poddaje badaniom laboratoryjnym — analizie metalu, datowaniu narostu koralowego, badaniu kości. Następnie inni nurkowie schodzą w to samo miejsce i sprawdzają. Dopiero po tym można mówić o odkryciu.
W tej sprawie nie wykonano żadnego z tych kroków. Nie wydobyto ani jednego przedmiotu. Nie ma raportu z badań, nie ma analiz laboratoryjnych, nie ma dokumentacji stanowiska. Niezależne zejścia w podane miejsce nie potwierdziły niczego poza formacjami koralowymi, a te przybierają rozmaite kształty, w tym okrągłe. Jedynym materiałem pozostają zdjęcia o niskiej rozdzielczości i rysunki wykonane na ich podstawie.
Do tego dochodzi problem wewnętrznej spójności. Liczba szprych w kole rydwanu zmieniała się w Egipcie w czasie, więc rzekome koło mogłoby datować znalezisko — ale tylko wtedy, gdyby istniał przedmiot do zbadania. Rysunek wykonany z pamięci niczego nie datuje. Instytucje, do których autor się odwoływał, jego znalezisk nie potwierdziły, a organizacje religijne, z którymi bywał kojarzony, wprost się od nich odcięły.
Dlaczego to trwa
Opowieść ma budowę, która broni się przed sprawdzeniem. Brak dowodów jest w niej tłumaczony przeszkodami zewnętrznymi — zakazami, konfiskatami, niechęcią uczonych. Każde pytanie zostaje w ten sposób przekształcone w potwierdzenie. To odwrócenie normalnego porządku: zwykle to twierdzenie ma dźwigać ciężar dowodu, a nie wątpiący ciężar obalenia.
Szkoda z tego jest podwójna. Czytelnik, który uwierzy, a potem dowie się, że nic nie wydobyto, ma prawo poczuć się oszukany i przenieść tę nieufność na rzeczy, które są dobrze udokumentowane. Pismo tymczasem nie potrzebuje podpórek tego rodzaju i nigdzie nie każe szukać dna morza jako warunku wiary.
Czego to nie dowodzi
Brak kół rydwanów na dnie zatoki nie dowodzi, że przejścia przez morze nie było. To argument z milczenia i trzeba go nazwać po imieniu: drewno, skóra i tkanina nie przetrwają trzech tysięcy lat w wodzie morskiej, brąz koroduje, a metal z pobojowisk był w starożytności zbierany i przetapiany. Nawet gdyby wydarzenie miało miejsce dokładnie tam, spodziewany plon archeologiczny byłby bliski zeru.
Ale ta sama zasada działa w drugą stronę i to jest sedno sprawy. Skoro brak znalezisk niczego nie przesądza, to podwodne kształty również niczego nie przesądzają, dopóki nie zostaną wydobyte i zbadane. Fotografia koralowej narośli nie jest kołem rydwanu, dopóki nie okaże się, że pod koralem jest rydwan. Uczciwy wniosek brzmi: nie ma tu żadnego znaleziska — ani na korzyść, ani przeciw.







