U stóp Dżebel Musa, w wąskiej dolinie południowego Synaju, stoi warowny klasztor ufundowany w VI wieku przez cesarza Justyniana. Zbudowano go wokół starszej kaplicy upamiętniającej krzew gorejący, a granitowe mury stoją do dziś w niemal pierwotnym kształcie. Mnisi mieszkają tam nieprzerwanie od czasów fundacji, co czyni z tego miejsca jedną z najdłużej działających wspólnot klasztornych świata. Dla badaczy Pisma liczy się jednak nie architektura, lecz to, co przez te stulecia w murach zgromadzono.
Dlaczego akurat tam
Miejsce wybrano ze względu na tradycję wiążącą tę górę z wydarzeniami z Księgi Wyjścia.
I Anioł Pana ukazał mu się w płomieniu ognia, ze środka krzewu. Spojrzał, a oto krzew płonął ogniem, lecz nie spłonął.
Wj 3,2
Trzeba od razu powiedzieć, że utożsamienie tej doliny z miejscem opisanym w tekście opiera się na pamięci późnoantycznej, a nie na jakimkolwiek znalezisku. Nie ma tam warstwy archeologicznej z epoki, o którą chodzi, i nie ma inskrypcji, która by cokolwiek potwierdzała. Klasztor jest świadectwem tradycji, a nie świadectwem wydarzenia — i to rozróżnienie warto trzymać w ręku przez całą resztę tej historii.
Zbiory
Biblioteka klasztoru jest, po watykańskiej, drugim co do znaczenia zbiorem wczesnych rękopisów chrześcijańskich. Liczy tysiące woluminów i zwojów w grece, arabskim, syryjskim, gruzińskim, ormiańskim, koptyjskim, etiopskim i cerkiewnosłowiańskim. Obok nich przechowywany jest największy zbiór wczesnych ikon — przetrwały, bo klasztor leżał poza zasięgiem bizantyjskich sporów o obrazy i nikt tam ikon nie niszczył.
Izolacja klasztoru zrobiła dla nauki więcej niż jakikolwiek program konserwatorski. Sucha pustynia i brak najazdów sprawiły, że pergamin przetrwał tam w stanie, w jakim nigdzie indziej nie przetrwał. Do tego doszedł przypadek: w latach siedemdziesiątych XX wieku, przy pracach po pożarze, natrafiono na zamurowane pomieszczenie pełne kart i fragmentów odłożonych tam przed wiekami — w tym karty należące do najsłynniejszego kodeksu wywiezionego stamtąd w XIX wieku, o którego losach opowiada osobna historia.
Palimpsesty
Najciekawsza część zbioru jest niewidoczna gołym okiem. Pergamin był drogi, więc dawne teksty zeskrobywano i na oczyszczonej karcie pisano nowy. Taki rękopis nazywa się palimpsestem, a pod widocznym tekstem kryje się starszy, zwykle uznany za bezużyteczny albo niezrozumiały w chwili wymazywania.
Zeskrobywanie nigdy nie było doskonałe. Pozostałości atramentu zmieniają sposób, w jaki pergamin odbija i pochłania światło różnych długości fal. Fotografując kartę wielokrotnie — w podczerwieni, w ultrafiolecie, w wąskich pasmach światła widzialnego — a potem porównując te obrazy komputerowo, można wydobyć wymazany zapis, nie dotykając rękopisu. Metoda jest nieinwazyjna i to jej największa zaleta.
W synajskich palimpsestach odczytano tą drogą teksty w kilkunastu językach, w tym w dwóch, z których zachowało się poza tym bardzo niewiele. Wśród odzyskanych warstw są fragmenty biblijne, teksty liturgiczne, a także dzieła świeckie — medyczne i literackie — których nie znano z żadnego innego przekazu. Praca trwa i będzie trwać latami, bo kart są tysiące.
Co to zmienia dla czytelnika Pisma
Zmienia przede wszystkim to, jak myślimy o przekazie tekstu. Każdy odczytany palimpsest to dodatkowy, niezależny świadek brzmienia dawnych kopii — a im więcej świadków, tym pewniej można odtworzyć, co pisano na początku. Dla kogoś, kto przyjmuje Pismo jako jedyną podstawę wiary, jest to sprawa pierwszorzędna: rzetelność przekazu daje się sprawdzać, a nie tylko przyjmować na słowo.
Czego to nie dowodzi
Istnienie klasztoru i jego zbiorów nie dowodzi, że to właśnie ta góra jest Synajem Księgi Wyjścia. Dowodzi, że od VI wieku ludzie tak uważali i postępowali zgodnie z tym przekonaniem. Nie dowodzi też autentyczności krzewu pokazywanego pielgrzymom ani żadnego z miejsc, które w okolicy oznaczono nazwami z narracji; są to oznaczenia tradycji, nie wyniki badań. Wreszcie sam wiek rękopisu niczego nie rozstrzyga o treści — stary kodeks może zawierać wariant gorszy niż młodszy, a wartość świadka ocenia się przez porównanie z innymi, nie przez datę. To, co realnie z tego wynika, jest skromniejsze i pewniejsze: mamy więcej materiału do porównań niż jakiekolwiek pokolenie przed nami.







