Kiedy chrześcijanie zaczęli spierać się z żydowskimi rozmówcami o brzmienie proroctw, szybko wyszło na jaw, że obie strony czytają różne teksty. Grecki przekład używany w zborach różnił się w wielu miejscach od hebrajskiego zwoju w synagodze. Orygenes postanowił zobaczyć te różnice naraz i ułożył je w kolumnach na jednej stronie.
Sześć kolumn obok siebie
Układ był następujący. W pierwszej kolumnie stał tekst hebrajski. W drugiej ten sam tekst zapisany literami greckimi, czyli zapis wymowy — świadectwo dziś bezcenne, bo pokazuje, jak hebrajski brzmiał, zanim zapisano samogłoski. W kolejnych czterech stały greckie przekłady: dosłowna wersja Akwili, płynny grecki Symmacha, Septuaginta i wersja przypisywana Teodocjonowi.
Czytelnik mógł przesuwać wzrok w poprzek strony i widzieć, jak to samo zdanie wygląda w każdej z tych postaci. To układ, który dziś nazwalibyśmy synopsą, a wtedy nie miał precedensu w takiej skali.
Znaki na marginesie
W kolumnie z Septuagintą Orygenes wprowadził dodatkowo system znaków. Oznaczał nimi miejsca, w których tekst grecki ma coś, czego nie ma po hebrajsku, oraz miejsca, gdzie brakuje mu czegoś obecnego w hebrajskim; te braki uzupełniał z innych przekładów greckich. Zamysł był porządkujący — chodziło o to, by widać było, skąd co pochodzi.
Skutek okazał się dwuznaczny. Kiedy zaczęto przepisywać samą tę kolumnę bez znaków, uzupełnienia weszły do tekstu jako jego część. Wersja, która miała pokazywać różnice, sama stała się źródłem nowych. To jedna z bardziej pouczających historii w dziejach przekazu: narzędzie kontroli, użyte bez instrukcji obsługi, wprowadza zamieszanie.
Dlaczego dzieło zaginęło
Powód jest prozaiczny. Rozmiar. Sześć kolumn na całą Biblię hebrajską daje ogrom materiału, którego przepisanie kosztowało tyle, że praktycznie nikt się na to nie porywał. Krążyły wypisy, krążyła sama kolumna z Septuagintą, krążyły cytaty w komentarzach.
Dziś znamy to dzieło pośrednio: z przytoczeń u późniejszych autorów, z uwag na marginesach rękopisów oraz z palimpsestów — kart, z których zeskrobano pierwotny tekst, by zapisać na nich coś innego, a spod nowego pisma da się odczytać stare. To wszystko, co zostało.
Przez pewien czas egzemplarz istniał jako jeden zbiór ksiąg przechowywany w bibliotece, do której przyjeżdżano, żeby do niego zajrzeć. Późniejsi autorzy wspominają, że go widzieli i z niego wypisywali. Potem ślad się urywa i całości nikt już nie ogląda.
Krytyka tekstu nie jest wynalazkiem nowożytnym
Warto z tego wyciągnąć wniosek szerszy. Porównywanie świadków, oznaczanie różnic i pytanie, które brzmienie jest wcześniejsze, to zajęcie starożytne. Robiono to w epoce, w której nikt nie kwestionował powagi ksiąg świętych — właśnie dlatego, że traktowano je poważnie, chciano wiedzieć, co dokładnie w nich stoi.
Zestawienie kolumn miało też cel doraźny: przygotować do rozmowy z rozmówcą żydowskim, żeby nie powoływać się na brzmienie, którego druga strona w swoim zwoju nie znajdzie. To pobudka apologetyczna, ale metoda pozostała metodą.
Czego to nie dowodzi
Zestawienie sześciu kolumn nie rozstrzygnęło, która wersja jest pierwotna, i nie taki był jego skutek. Pokazało rozmiar różnic, nie ich rozwiązanie. Orygenes zresztą nie usuwał wariantów — pokazywał je.
Nie dowodzi też, że tekst grecki został skażony ani że hebrajski jest zawsze bliższy oryginałowi. Dziś wiemy, że w części miejsc Septuaginta przekłada hebrajski egzemplarz odmienny od tego, który stał się później standardem, a nie że tłumacz się mylił. Rzetelny wniosek jest skromny: mamy tu najstarszą znaną próbę uczciwego zestawienia świadków tekstu i mamy ją w strzępach — z których i tak wiemy więcej, niż wiedzielibyśmy bez niej.







