To najpoważniejszy zarzut wobec historyczności wędrówki po pustyni i nie da się go zbyć. Przez kilkanaście lat Synaj był przedmiotem intensywnych badań powierzchniowych: zespoły przeszły półwysep, rejestrując stanowiska, zbierając ceramikę i mapując ślady osadnictwa. Wyniki obejmują setki miejsc z bardzo wielu okresów. Późnej epoki brązu — tej, w której umieszcza się wędrówkę przy obu głównych datowaniach — wśród nich praktycznie nie ma.
Co dokładnie ustalono
Badania powierzchniowe rejestrują ślady najłatwiej rozpoznawalne: rozrzuty ceramiki, obwody kamiennych zagród, paleniska, groby. Metoda ta zadziałała na Synaju dobrze dla wielu epok. Udokumentowano osadnictwo z okresów bardzo wczesnych, ślady górnictwa i wypraw egipskich, a także gęstą sieć stanowisk bizantyjskich związanych z monastycyzmem i pielgrzymkami. Metoda działa więc — i to jest istotne, bo osłabia wygodne tłumaczenie, że Synaj po prostu niczego nie zachowuje.
Osobno badano stanowisko utożsamiane zwykle z Kadesz-Barnea, gdzie tekst umieszcza najdłuższy postój. Odsłonięto tam warownie z epoki żelaza, a więc z czasów monarchii izraelskiej. Warstw z późnej epoki brązu nie stwierdzono.
Co odpowiadają zwolennicy historyczności
Odpowiedź jest rzeczowa i warto ją przedstawić bez karykatury. Grupa koczownicza zostawia po sobie bardzo mało. Nie buduje domów, nie zakłada cmentarzy przy trasie, nosi pojemniki ze skóry i z drewna zamiast ceramiki, a obozowisko rozbite na kilka dni znika po jednym sezonie deszczowym. Archeologia rozpoznaje pasterzy w zasadzie tylko wtedy, gdy stykają się z osiadłymi sąsiadami i zostawiają u nich ślad — a na pustyni takich sąsiadów nie było.
Dodatkowo nie wiemy, gdzie szukać. Lokalizacja góry Synaj nie jest ustalona, identyfikacja większości postojów z listy w Księdze Liczb jest niepewna, a przebieg trasy pozostaje przedmiotem konkurencyjnych hipotez. Poszukiwanie śladów wędrówki bez znajomości jej przebiegu przypomina szukanie po omacku.
Gdzie ta odpowiedź kosztuje
Argument o nieuchwytności koczowników jest poprawny, ale ma cenę. Jeśli przyjmiemy, że taka grupa z zasady nie zostawia śladów, to przestajemy dopuszczać możliwość, by cokolwiek ją potwierdziło albo obaliło. Twierdzenie staje się niesprawdzalne — a to nie jest zwycięstwo w sporze, tylko wyjście z niego.
Poza tym argument ten działa najlepiej dla małej grupy. Przy odczytaniu liczb z Księgi Liczb jako pełnych tysięcy mowa o społeczności rzędu dwóch milionów ludzi, przebywającej w tym samym rejonie przez dziesięciolecia. Grupa tej wielkości musiałaby zostawić ślad nawet przy najskromniejszym trybie życia — choćby pochówki. Tu obrona z nieuchwytności koczowników przestaje wystarczać i trzeba wybrać: albo mniejsza skala, albo inny sposób czytania liczb.
Oto miejsca postojów synów Izraela, którzy wyszli z ziemi Egiptu ze swymi zastępami pod wodzą Mojżesza i Aarona.
Lb 33,1
Sama lista postojów jest zresztą argumentem, którego nie należy pomijać. Jest szczegółowa, zawiera nazwy w większości nieznane skądinąd i nie ma w niej śladu późniejszego dopisywania miejsc słynnych. Dokument tego rodzaju łatwiej wyjaśnić przekazem niż konstrukcją — choć nie da się go zweryfikować w terenie, dopóki nazwy pozostają niezidentyfikowane.
Czego to nie dowodzi
Brak znalezisk nie dowodzi, że wędrówki nie było. Argument z milczenia ma wartość tylko wtedy, gdy mamy podstawy oczekiwać, że ślad powinien istnieć i zostać odnaleziony — a przy grupie koczowniczej o nieustalonej trasie oba te warunki są wątpliwe.
Nie dowodzi też czegoś przeciwnego. Wyjaśnienie, dlaczego czegoś nie znaleziono, nie jest znalezieniem tego. Po stronie potwierdzającej wędrówkę nie ma na Synaju niczego — i tak trzeba to powiedzieć.
Uczciwy bilans wygląda więc następująco: archeologia Synaju nie potwierdza wędrówki, nie wyklucza jej i przy obecnym stanie wiedzy prawdopodobnie nie jest w stanie rozstrzygnąć sprawy w żadną stronę. Jest to jeden z tych przypadków, w których metoda ma granice — i uznanie tych granic jest rzetelniejsze niż udawanie, że milczenie mówi.







